Jubileusz c.d.
poniedziałek, 14 grudnia 2009

W sobotę 12 grudnia miał miejsce kolejny przystanek w świętowaniu Jubileuszu Szkoły w Warszawie - spotkanie wychowanek. Tego dnia zaprezentowano również książkę Schola Amabilis - wspomnienia wychowanek z czasów chyba dla szkoły najtrudniejszych. Książka jest do nabycia w sekretariacie Szkoły.

Zachęcamy również do zapoznania się ze wspomnieniami s. Teresy Górskiej, nauczycielki i dyrektorki Szkoły w czasach późniejszych.

Wspomnienia nauczycielki i  dyrektorki, ale nie tylko …

Dwadzieścia lat pracy w Prywatnym Liceum Zgromadzenia Sióstr Najświętszej Rodziny z Nazaretu, bo taki charakter miała  szkoła w latach 1972 – 1992, to w porównaniu z 90. letnią  jej historią znaczy niewiele i zarazem wiele. Niewiele, jeśli chodzi o czas, wiele jednak, gdy chodzi o wydarzenia i przeobrażenia, jakie wówczas dokonywały się w Polsce. Wystarczy tylko przywołać kilka z nich : wybór kard. Karola Wojtyły na papieża  16 października 1978, następnie jego pierwsza pielgrzymka do Polski w roku 1979, powstanie „Solidarności”,  wprowadzenie przez gen. W. Jaruzelskiego stanu wojennego w dniu 13 grudnia 1981 roku.     Trzecia Pielgrzymka Jana Pawła II do kraju w roku 1987 miała wpływ na ostateczny upadek komunizmu. Nowa fala strajków w kraju zmusiła wreszcie władzę do rozmowy z opozycją,   których  rezultatem były Obrady i Uchwały Okrągłego Stołu w roku 1989. W następnym, 1990 roku, w wyniku zachodzących w Polsce zmian, szkoła nie tylko się rozrasta liczebnie, ale odzyskuje cały przedwojenny  budynek. I wreszcie można było  - tak się nam  wydawało - swobodnie oddychać… Najpierw jednak  trzeba było przeprowadzić gruntowny remont, gdyż szkołę oddano mocno zdewastowaną. W końcowym bowiem okresie uczyli się w niej chłopcy (głównie) Technikum Mechanicznego.  Tak więc trzeba było wymieniać: podłogi, drzwi, okna, malować, itp.… porządkować strych i ogródek szkolny, które od czasów utraty przez siostry własności prawie nie widziały „ludzkiej troski”.
Gdy w roku szkolnym 1972 rozpoczęłam pracę nauczycielki – polonistki, jeszcze za dyrektorstwa s. M. Amablis Filipowicz, szkoła miała tylko cztery klasy (a w klasie bywało nawet po 45 uczennic), bo Kuratorium nie pozwalało na otwarcie dwóch równoległych ciagow i wyznaczało limity, ale rodzice starali się, za zgodą szkoły, w Kuratorium o dodatkowe pozwolenia na przyjęcie. Mimo liczebności klas szkoła była mała, kameralna (około 120 dziewcząt), wszystkie uczennice się znały, a  życie szkoły koncentrowało się głównie na korytarzu trzeciego piętra. Tutaj odbywały się apele, rekolekcje, zabawy, Msze św., lekcje wychowania fizycznego, przedstawienia teatralne (była zrobiona składana scena), ćwiczenia drużyny sanitarnej, matury itp. Oprócz arki, gdzie była pracownia fizyczna, fotograficzna, szkoła zajmowała trzecie piętro dzisiejszego internatu. Na tzw. wąskim korytarzu znajdowały się  pomieszczenia takie jak: sekretariat, pokój nauczycielski, gabinet siostry dyrektorki i pracownie. W roku 1981 siostra Alojza Skórska, ówczesna dyrektorka szkoły,  otrzymała pozwolenie na podwójne klasy. Odbyło się to całkiem nieformalnie. Jeden z rodziców poprosił o przyjęcie córki do szkoły. Ponieważ limit był wyczerpany, siostra Dyrektorka powiedziała: Jeśli Pan się postara o drugą klasę, córkę przyjmę”. Otrzymała pozwolenie i dotrzymała obietnicy. Inne szkoły katolickie z tego skorzystały, bo zapytano je czy też chcą mieć podwójne klasy.
 Kiedy w roku 1988 otrzymałam pozwolenie na trzy klasy pierwsze, „wywalczyłam” wraz z gronem pedagogicznym od Technikum Mechanicznego dwie klasy na II piętrze. Miałyśmy (siostry, właścicielki budynku) stawiać mur oddzielający nas od sąsiadów, ale ostatecznie zrezygnowałyśmy i tylko – nieliczne zresztą  figle chłopców  (np. od czasu do czasu chłopcy wrzucali coś dziewczętom do klasy, np. żywą mysz), urozmaicały codzienność. Od przychodni na II piętrze też „wymogłyśmy” jeden pokój, gdzie przez długi czas była pracownia chemiczna. Walka o „przestrzeń życiową” trwała do roku 1990 – w lipcu odzyskałyśmy cały budynek. W czasie remontów, które trwały ponad rok, korzystałyśmy z domu parafialnego, którego użyczył nam na sale lekcyjne ówczesny proboszcz, ks.  St. Stradomski. 

W arkana  pracy pedagogicznej wprowadzała mnie S. M. Alojza, następna dyrektorka (od roku 1975), z którą łączyły mnie te same  lata studiów na KUL’u, przyjaźń i wspólne wyjazdy wakacyjne. To siostra Alojza Skórska (po której objęłam dyrektorstwo, 1983- 1992) była moim cicerone w wielorakim wymiarze; miała bowiem zarówno talent pedagogiczny jak i dłuższe doświadczenie pracy w szkole kaliskiej i warszawskiej, wspaniałą relację z uczennicami i duże poczucie humoru. Mówiła mi na przykład, że z Dyrekcją nigdy nie załatwia się spraw w poniedziałek (to najtrudniejszy dla władzy szkolnej dzień), a jeśli dziewczęta miały problemy z jęz. rosyjskim, radziła, by tatusiowie na studniówce „obtańcowali” panią profesor. Skutek był pozytywny. W czasie jej dyrektorstwa była wręcz „moda” na aktorów, którzy z ochotą i często godzili się na spotkania z dziewczętami. Bywali więc u nas: Anna Seniuk, Daniel Olbrychski, Olgierd Łukaszewicz i inni. Dziewczęta były zapalone do organizowania imprez, ale czasem już i zmęczone (potem wypadało gości   podejmować), więc kiedyś jednemu z aktorów powiedziały, że Siostra Dyrektor jest chora i spotkanie nie może się odbyć. „Wpada” więc (chyba tego samego dnia) do gabinetu dyrektorskiego ów aktor i pyta: jak się Siostra czuje” ? Siostra Alojza odpowiada: dobrze. To już choroba minęła? Wtedy dopiero Siostra zorientowała się, że to dziewczęta uknuły jakąś intrygę.

Lubiłam duże klasy (liczną publiczność, do której się przemawia), przy sprawdzaniu znajomości tekstu z przeczytanych lektur stosowałam metodę mojego profesora Czesława Zgorzelskiego; było to (obok dwu przekrojowych) jedno pytanie drobiazgowe, np. jakie Zosia z „Pana Tadeusza” hodowała kwiatki? Często stosowałam  pracę w grupach, bo angażowała wszystkie uczennice, a zdolniejszym dawała pole do popisu. Wprowadzałam do lekcji elementy teatralne (sąd nad Antygoną w formie rozprawy śaowej, przy omawianiu „Dziadów” były stoły z jedzeniem, wszystko się obywało w zaciemnionym pomieszczeniu, przy świecach). Miałam pracownię humanistyczną, którą urządziłam razem z dziewczętami; była szafa ścienna, miejsce na gazetki, własnego  pomysłu i produkcji spuszczane rolety. Przy omawianiu „Kazań świętokrzyskich” i „Kazań gnieźnieńskich” dziewczęta były obowiązane napisać i wygłosić w naszym kościele swoje kazanie, oczywiście poza liturgią. Było to swego rodzaju publiczne wystąpienie, liczyła się nie tylko treść, ale i sposób przekazu (między innymi dobre wykorzystanie mikrofonu). Najciekawsza jednak była obrona prac maturalnych. To było wydarzenie! Był krótki okres w naszej oświacie, że maturę z języka polskiego można było zdawać w formie obrony pracy, napisanej pod kierunkiem nauczyciela (można było nawet łączyć i zdawać dwa przedmioty naraz w oparciu o jedną pracę: np.  polski i plastyka lub polski i historia). Dawało to uczennicy duże możliwości poszerzenia wiadomości w jakiejś dziedzinie, a ponadto poznania samego warsztatu pisania (uczyło: zbierania bibliografii, robienia przypisów, kompozycji pracy). Jednym słowem ten typ matury przygotowywał do samodzielności na studiach. Obrona polegała na tym, że uczennica dostawała trzy tezy z pracy, które referowała przed komisją egzaminacyjną w oparciu o tekst. Zazwyczaj wystrój pracowni korespondował z tematem, były obrony przy świecach i zasłoniętych oknach, by oddać nastrój tematu.  Na obronie pracy z polskiego i plastyki Eweliny Batko Cyprian Kamil Norwid  i Vincent van Gogh - niezrozumienie człowieka twórczego, dekoracja była następująca: na gazetce (była to metrowej szerokości słomianka, która wisiała na całej szerokości ściany) znajdowała się pośrodku czarna aksamitka i nic więcej. Okna były zasłonięte, płonęły świece (z prawdziwego wosku), na podłodze były konary osmalonych drzew i kwiaty. W obronie mogły uczestniczyć koleżanki z klasy trzeciej, nauczyciele, a nawet goście. Jedna z naszych sióstr po obronie powiedziała: niedawno byłam na obronie doktoratu, ale ta podoba mi się bardziej. Żeby nie popaść w zachwyt nad sobą, wspomnę o niektórych niepowodzeniach. Pierwszy, to moja pierwsza lekcja. Na metodyce, owszem, uczono nas o rozplanowaniu toku lekcyjnego. Ale teoria od praktyki zwykle jest odległa. Otóż mój pierwszy wykład skończył się po piętnastu minutach – i co dalej robić? Wybrnęłam, ale wewnętrznie czułam swoją pedagogiczna klęskę. Klęską natomiast lat ostatnich było mówienie za dużo, po dzwonku. Jest to chyba choroba doświadczonych nauczycieli. Młody nauczyciel mówi więcej niż wie, dojrzały tyle ile wie, doskonały, tyle ile trzeba. Wynika stąd, że wszystkim nam daleko do doskonałości… Ach przypomniałam sobie: jeszcze jedno niepowodzenie ( z pewnością było więcej)! Boleśnie odczułam, gdy raz jeden ( w mojej karierze nauczycielskiej) dziewczęta po prostu zbuntowały się i nie chciały pisać sprawdzianu; było mi przykro, bo byłam zmuszona postawić wszystkim ocenę najniższą, niedostateczną.
Osiągnięcie, którym mogę się swobodnie pochwalić, bo całkiem przypadkowo zdobyte, to nowa metoda oceniania z repetycji – a w zasadzie to nie tylko do repetycji można ją odnieść. W tamtym okresie, w klasie maturalnej odbywały się powtórki z zadanego materiału. Uczennica wyciągała temat, przygotowywała się, a następnie referowała. Podczas jednej z odpowiedzi, złożywszy twarz w dłoniach, po prostu zasnęłam. Uczennica skończywszy swoją odpowiedź powiedziała: proszę Siostry, to już wszystko. A ja nie wiedziałam, co ona mówiła. Naraz błysk! Mówię jej: oceń się sama. I tak oto podczas następnych repetycji (a było ich wiele) jedne repetycje (wypowiedź) były oceniane przez odpowiadającą. I muszę przyznać, że  dziewczęta nie zawyżały stopni (tylko raz uczennica oceniła się wyżej niż umiała i zgodnie z umową otrzymała tę ocenę).  Bo przecież najważniejsze jest, by się samemu umieć dobrze oceniać – zgodnie z prawidłowo ukształtowanym sumieniem.

Rzeczywistość komunistyczna na różne sposoby dawała się szkole we znaki. Pomijam tu stan wojenny (1981 – 1983), bo to odrębny rozdział. Pierwsza wizyta Papieża, to jakby promyk wolności! Wyszłyśmy z grupą uczennic na trasę przejazdu Ojca Świętego  - Aleje Ujazdowskie ( stałyśmy przy Agrykoli, dziewczęta w galowych mundurkach wyraźnie odróżniały się od reszty osób ); na trasie stali ludzie: szarzy, milczący, poważni, niezdolni do wyrażania uczuć i jakby jeszcze sparaliżowani strachem… W czasie II Pielgrzymki (1983) dziewczęta  całą szkołą poszły na Stadion Dziesięciolecia, by spotkać się z Ojcem Świętym. W czasie wejścia do sektora (wyróżniałyśmy się galówkami) specjalnie zorganizowani tajniacy z przodu wstrzymywali nas, a z tyłu napierali… Wydawało się nam, że ludzie nas zgniotą… Gdy Papież przyjechał do kraju trzeci raz w 1987 roku, udałam się z grupą uczennic do Gdyni – tam czuło się już wolność: udekorowane domy, flagi, transparenty, jakby inny świat. A na Westerplatte, do ołtarza, weszłyśmy na galówki. Ustawiłyśmy się za biskupami i nikt nawet nas nie zapytał o bilety. Oczywiście nie miałyśmy ich. Najwięcej trudności miałam podczas organizacji Pielgrzymki do Rzymu w Roku Świętym 1984. Władze paszportowe wymagały za każdym razem czego innego: raz trzeba było mieć zaproszenie dla grupy, a gdy już je miałam, wtedy wymagano indywidualnych. Poszczególnym uczennicom odmawiano paszportu, ostatecznie jednak, dzięki interwencji ks. bp Bronisława Dąbrowskiego, wszystkie wyleciałyśmy do Italii (z jednodniowym opóźnieniem, bo we Włoszech był strajk, a dziewczęta mnie uprzedzały: Siostro, jutro 13 i piątek coś się stanie, ale do szkoły nikt z nas nie poszedł…). Wyleciałyśmy następnego dnia, by przeżyć Wielki Tydzień i Wielkanoc. I niezapomniane trzykrotne spotkanie spotkania z Ojcem Świętym Janem Pawłem II.

Trzeba wiedzieć, że w czasie rządów komunistycznych, z tego co ustaliło Ministerstwo Oświaty i Wychowania, nic nie można było zmienić: ani  organizacji roku, ani programów. Panował wszechwładny dogmatyzm. Wiele wyjaśnień, pism poszło do Ministerstwa Oświaty i Wychowania, zanim pozwolono szkole na realizację programu wychowania technicznego, odpowiadającego specyfice dziewczęcej szkoły. Tylko to można było realizować, co ustalono z góry. Tak było z wprowadzeniem przygotowania do życia w rodzinie. Życie jednak „wołało” o zmiany. Ponieważ miałyśmy liczny internat, a dziewczętom spoza Warszawy trudno było dojechać drugiego listopada do szkoły, zwróciłam się w roku 1984 do Kuratorium Oświaty i Wychowania o pozwolenie na odpracowanie tego dnia w wolną sobotę (pismo poszło co najmniej dwa miesiące przed terminem). Po miesiącu otrzymałam odpowiedź z Kuratorium, że mam się zwrócić z tą sprawą do Ministerstwa. Posłałam następne pismo. Po dwóch tygodniach Ministerstwo Oświaty i Wychowania powiadomiło mnie, że odesłało moja prośbę do Kuratorium, bo jest to jego gestia.  W dzień wyjazdu dziewcząt do domu (przed 1 listopada) otrzymałam telefon z Kuratorium z zapytaniem, co zrobiłam? Odpowiedziałam, że wysłałam dziewczęta do domu na 1 i 2 listopada. Decyzję musiałam podjąć sama.

Podobnie przedstawiała się sprawa z programem autorskim szkoły. Ówczesne programy państwowe były przeładowane i nie sposób było, by dziewczęta je mogły opanować (może to było celowe?). Po pobycie w roku 1991 w USA, w naszym College’u w Filadelfii, gdzie pojechałam na zaproszenie prezydentki uczelni, s. M. Francesca Onley i miałam okazję poznać  jej organizację, programy, finanse, strukturę, itp., pojawiła się myśl, by nasz program zreformować. Zamysł był prosty – w dwóch pierwszych latach miało być realizowane ze wszystkich obowiązujących przedmiotów minimum programowe, a w dwu następnych poszerzony program, ale według wybranych profilów. Opracowany przez nauczycieli przedmiotowych (lub zespoły) projekt został wysłany do Ministerstwa Oświaty i Wychowania 12 lutego 1991 roku. Po czym zapadła cisza. Pewnego dnia otrzymałam telefon, że Ministerstwo ma wiele zastrzeżeń do naszej propozycji i zaprasza mnie na rozmowę. W pierwszym odruchu zgodziłam się, ale później uznałam, ze ustne uwagi ulatują szybko, nie ma czasu na ustosunkowanie się do nich i poprosiłam o przekazanie szkole zastrzeżeń na piśmie, tłumacząc, że nie jestem kompetentna we wszystkich dziedzinach, a ponadto nauczyciele chcieliby wiedzieć, co w ich opracowaniach jest niewłaściwe. Uwagi takie nie przyszły. Przyszło natomiast zatwierdzenie programu, jakaś kserokopia, z pieczątką pani minister Anny Radziwiłł, ale bez jej podpisu. Wobec czego uznałam, że nie jest to prawny dokument. Ponieważ w tym czasie toczyły się rozmowy między przedstawicielami Episkopatu a Ministerstwem, poprosiłam jedną z osób udających się na spotkanie z p. Anną Radziwiłł, aby w moim imieniu poprosiła minister o podpis na dokumencie. W dniu 30 kwietnia 1991 roku otrzymałam zatwierdzenie programu na okres 1991/1995, podpisane przez p. Katarzynę Skórzyńską, pełnomocnika Ministerstwa Oświaty i Wychowania.
Wspomnień jest zbyt wiele, by o wszystkich pisać. Ale jak tu nie wspomnieć choćby tylko z nazwiska o niektórych nauczycielach, tych trwających na nazaretańskim posterunku prawie przez całe życie, tworzących wielopokoleniowe więzi: o śp. Marii Krasnodębskiej, p. Janinie Mlonce, p. Jadwidze Szulakiewicz, p. Helenie Makarewicz, p. Bogumile Gadomskiej i o tylu, tylu innych. Bez nich nie byłoby szkoły… I oczywiście o Siostrach… Gdy przyszłam do pracy w szkole w 1972 roku, uczyły w niej trzy siostry nazaretanki – ja byłam czwartą. Gdy w roku 1992 odchodziłam z niej, pracowało nas siedemnaście zakonnic.
Pamięć przechowuje to, co się w niej odcisnęło najbardziej – czy rzeczywiście te najważniejsze? Było przecież tyle chwil podniosłych: powrót do ślubowania, „koronowanie” naszego Orła (na godłach w klasach i na sztandarze), opłatek wychowanek, jubileusze klasowe…
Ugodzenie w wolność boli najbardziej… stąd zawsze i wszędzie ta nić czarna się przędzie i również w tych wspomnieniach …